No i właśnie wcinam kolejną porcję truskawek - tym razem z dodatkiem czosnku ;( no i czuję w sobie taką moc pęczniejąca (nie dopuszczam do siebie myśli, że to dziwne uczucie może dotyczyć asymetrii smaku czosnku i truskawki). no i wydaje mi się, że w niedzielę jak pegaz uniosę się nad ziemią i przemknę te 10 km i nawet się nie zorientuję kiedy minę metę ;p. A jak jeszcze pomyślę o wczorajszych wyczynach na siłowni... no właśnie, bo na tej siłowni to ja pierwszy raz w życiu wytrzymałam 35 minut biegu. i nie dałam się obezwładniającej nudzie- taka dzielna jestem. Trener rozpisał mi 40 min marszobieg i za jednym rzutem na taśmę maks mam biegać chyba 8 minut :) a ja grzeczna jestem i słucham trenera - przynajmniej tak było do wczoraj :) Agnieszka też uznała mój wyczyn i stwierdziła, że nawet ona miała taki podobny swój najgorszy czas w sztafecie :))))
Uściski dla drużyny Szybkości :)))
Wierna, oddana, lojalna miłośniczka Wolności :)
środa, 27 maja 2009
wtorek, 26 maja 2009
truskawkowy happening biegowy
w ramach:

- kolekcjonowania orginalnych medali,
- spędzenia niedzieli na świeżym powietrzu
- zaliczenia treningu biegowego
- spotkania towarzyskiego z łódzką frakcją ekipy
- zaspokojenia żołądkowych rządzy truskowkowych

- Ilona - 238
- Aga -237
- Mikołaj - 255
- Pawel - 218
- Kasia i Tomek - 31
- Karola i Arek - 22
poniedziałek, 25 maja 2009
Kierat - byle do kolejnego PK
Dojechaliśmy na miejsce dość wcześnie, udało się nam nawet zjeść obiad i zdążyć na odprawę techniczną. Po posmarowaniu magiczną maścią (Sudocrem) wszelkich wrażliwych na obtarcia miejsc i spakowaniu się stanęliśmy na starcie.
Początek nie był szybki, aczkolwiek o mały włos a byśmy poszli za sporą grupką na "skróty" do PK1, tak to jest gdy się idzie za kimś. Od PK1 powoli wyprzedzaliśmy tych, dla których podejścia nie są mocną stroną, czarne chmury były coraz bliżej aż deszcz dopadł nas na grani Łopienia. Po założeniu pałatek nie wiadomo było, kto jest to ale w miarę szybko odnaleźliśmy się, tuż przed PK2 mała zmyłka i szybki powrót na właściwą trasę (która lekko uciekała w prawo mniej oczywistą ścieżką).
Zejście na dół za PK2 już dla większości odbyło się w świetle czołówek. W PK3 zrzucenie pałatek i przebranie w cieplejsze ciuchy. Droga do PK4 w połowie po starych torach kolejowych (podobno trzeba było uważać na pociąg ... chyba jednak widmo, nie wiem kiedy ostatni raz tędy coś jechało (po badaniach znalazłem to: http://www.parowozy.pl/skansen/retro/retro2008/ więc może jednak ... ale nie o 21, i w tym roku te kursy zostały zawieszone).
Do PK5 poszliśmy inną drogą niż cała reszta - niestety nie udało nam się dzięki temu manewrowi nikogo wyprzedzić. Dalej już trochę z górki po równym podłożu, wchodzimy na grań i po raz pierwszy (niestety nie ostatni) widzimy ludzi wracających z punktu. Na szczęście wyszliśmy około 100 metrów od PK6 - podbijamy i lecimy dalej. Do świtu jest coraz bliżej, gdy schodzimy skrótem do doliny Raby możemy w końcu wyłączyć czołówki. Krótki posiłek i odpoczynek w zamkniętym barze (sklepie?) i podchodzimy ostro pod Mały Szczebel. Dochodzimy do grani, szukamy czarnego szlaku i ... okazuje się, że trzeba zejść ponad 200 metrów w dół do jaskini i PK7. Do PK8 droga wiedzie przez Szczebel, ostre podejście i paskudne zejście po kamieniach. Przy zejściu kolejna zmyłka, która kosztuje nas 10-15 min drogi naokoło.
W końcu żurek, herbata i zmiana skarpet. Zapowiada się, że będzie znowu padać, na szczęście w połowie do PK9 rozpogadza się. Za tym punktem dopada mnie kryzys, puszczam resztę grupy przodem wypijamy kupione we wsi izotoniki i wolnym krokiem ruszam za nimi. Spotykamy się w PK10, w drodze do PK11 część idziemy razem. Za PK11 wlokę się coraz wolniej, razem z paroma chłopakami wybieram wariant omijający Mogielnicę (naprawdę nie chce mi się podchodzić). Niestety błądzimy w labiryncie stokówek, których w większości nie ma na mapie, oddzielam się od nich i idę do góry w kierunku grani, ostro bez szlaku - czuję przypływ sił bo to już tak blisko końca. Trafiam w końcu na zielony szlak i dłuższą ale pewniejszą drogą dochodzę do PK12, jestem pół godziny za Dorotą i Piotrem. Schodzę drogą asfaltową w dół, moje stopy protestują, ale idę dalej. Dołączam do grupy, która idzie wariantem, który mi też chodził po głowie. Kiedy jednak trzeba podejść do góry, zostawiam ich i idę drogą na azymut - wyprzedzam ich o pół kilometra i dochodzę do PK13. Słońce powoli zachodzi gdy schodzę do Limanowej, razem ze mną idzie też grupa z psem (mijaliśmy się już od PK6). Podobno to nie pierwsza taka wycieczka czworonoga (wcześniej zaliczył Maraton Pieszy w Puszczy Kampinoskiej).
Najdłuższe są ostatnie kilometry, wchodzimy do Limanowej, na parking przed metą - oddaję plecak i kijki Dorocie i pędzę do mety. Podbijam i czas 26:59 - dzięki temu będę miał wspólne zdjęcie w niedzielę ze wszystkimi z zespołu.
Posiłek regeneracyjny jem prawie zasypiając, podróż do szkoły z Piotrem pamiętam jak przez mgłę. Szybki prysznic, zawijam się w śpiwór i zasypiam w trzy sekundy, nie przeszkadza mi zapalone światło i hałas.
Obiecuję sobie wrócić za rok i przejść całość w szybszym tempie - wiem, że muszę bardziej wzmocnić kolana i ramiona, które bolą od kijków. Kto wie, może jeszcze jedna setka w tym roku?
Początek nie był szybki, aczkolwiek o mały włos a byśmy poszli za sporą grupką na "skróty" do PK1, tak to jest gdy się idzie za kimś. Od PK1 powoli wyprzedzaliśmy tych, dla których podejścia nie są mocną stroną, czarne chmury były coraz bliżej aż deszcz dopadł nas na grani Łopienia. Po założeniu pałatek nie wiadomo było, kto jest to ale w miarę szybko odnaleźliśmy się, tuż przed PK2 mała zmyłka i szybki powrót na właściwą trasę (która lekko uciekała w prawo mniej oczywistą ścieżką).
Zejście na dół za PK2 już dla większości odbyło się w świetle czołówek. W PK3 zrzucenie pałatek i przebranie w cieplejsze ciuchy. Droga do PK4 w połowie po starych torach kolejowych (podobno trzeba było uważać na pociąg ... chyba jednak widmo, nie wiem kiedy ostatni raz tędy coś jechało (po badaniach znalazłem to: http://www.parowozy.pl/skansen/retro/retro2008/ więc może jednak ... ale nie o 21, i w tym roku te kursy zostały zawieszone).
Do PK5 poszliśmy inną drogą niż cała reszta - niestety nie udało nam się dzięki temu manewrowi nikogo wyprzedzić. Dalej już trochę z górki po równym podłożu, wchodzimy na grań i po raz pierwszy (niestety nie ostatni) widzimy ludzi wracających z punktu. Na szczęście wyszliśmy około 100 metrów od PK6 - podbijamy i lecimy dalej. Do świtu jest coraz bliżej, gdy schodzimy skrótem do doliny Raby możemy w końcu wyłączyć czołówki. Krótki posiłek i odpoczynek w zamkniętym barze (sklepie?) i podchodzimy ostro pod Mały Szczebel. Dochodzimy do grani, szukamy czarnego szlaku i ... okazuje się, że trzeba zejść ponad 200 metrów w dół do jaskini i PK7. Do PK8 droga wiedzie przez Szczebel, ostre podejście i paskudne zejście po kamieniach. Przy zejściu kolejna zmyłka, która kosztuje nas 10-15 min drogi naokoło.
W końcu żurek, herbata i zmiana skarpet. Zapowiada się, że będzie znowu padać, na szczęście w połowie do PK9 rozpogadza się. Za tym punktem dopada mnie kryzys, puszczam resztę grupy przodem wypijamy kupione we wsi izotoniki i wolnym krokiem ruszam za nimi. Spotykamy się w PK10, w drodze do PK11 część idziemy razem. Za PK11 wlokę się coraz wolniej, razem z paroma chłopakami wybieram wariant omijający Mogielnicę (naprawdę nie chce mi się podchodzić). Niestety błądzimy w labiryncie stokówek, których w większości nie ma na mapie, oddzielam się od nich i idę do góry w kierunku grani, ostro bez szlaku - czuję przypływ sił bo to już tak blisko końca. Trafiam w końcu na zielony szlak i dłuższą ale pewniejszą drogą dochodzę do PK12, jestem pół godziny za Dorotą i Piotrem. Schodzę drogą asfaltową w dół, moje stopy protestują, ale idę dalej. Dołączam do grupy, która idzie wariantem, który mi też chodził po głowie. Kiedy jednak trzeba podejść do góry, zostawiam ich i idę drogą na azymut - wyprzedzam ich o pół kilometra i dochodzę do PK13. Słońce powoli zachodzi gdy schodzę do Limanowej, razem ze mną idzie też grupa z psem (mijaliśmy się już od PK6). Podobno to nie pierwsza taka wycieczka czworonoga (wcześniej zaliczył Maraton Pieszy w Puszczy Kampinoskiej).
Najdłuższe są ostatnie kilometry, wchodzimy do Limanowej, na parking przed metą - oddaję plecak i kijki Dorocie i pędzę do mety. Podbijam i czas 26:59 - dzięki temu będę miał wspólne zdjęcie w niedzielę ze wszystkimi z zespołu.
Posiłek regeneracyjny jem prawie zasypiając, podróż do szkoły z Piotrem pamiętam jak przez mgłę. Szybki prysznic, zawijam się w śpiwór i zasypiam w trzy sekundy, nie przeszkadza mi zapalone światło i hałas.
Obiecuję sobie wrócić za rok i przejść całość w szybszym tempie - wiem, że muszę bardziej wzmocnić kolana i ramiona, które bolą od kijków. Kto wie, może jeszcze jedna setka w tym roku?
Kierat - podsumowanie
Na reszcie mogę napisać na luzie. Myślałam, że uda mi się częściej wysyłać sms-y z relacjami, ale już przed półmetkiem były istotniejsze czynności do wykonania: coś zjeść, wypić, wysypać kamyczki z butów, zmienić skarpetki, posmarować stopy kremem, poleżeć, posiedzieć, pozbierać myśli i odrzucić te natrętne. Na pisanie nie miałam już energii. W nocy było nawet całkiem nieźle, człowiek skupiał uwagę na podłoże, żeby żaden kamień lub korzeń nie umknął, więc sen nie zmagał. Chłód też utrzymywał rześkość na jako takim poziomie. Na 23-cim km wróciła kontuzja kolana (ta, co się pojawiła na ostatnim okrążeniu Wesołej Stówy). Za radą współtowarzysza Piotrka wychłostałam kolano przydrożną pokrzywą. Działanie piorunujące ;)) Niesamowite parzenie i odrętwienie sprawiło, że w ogóle nie czułam bólu kolana :) Tę operacje powtarzałam jeszcze kilkukrotnie. Już o poranku, gdy wyszło słońce i zaczęło lekko przygrzewać, przyszło zmęczenie i ostatni kilometr przed półmetkiem odpływałam. Jedynie plączące nogi przypominały, że maszeruję. Na półmetku odpoczywaliśmy najdłużej, bo aż 50 minut, ale dzięki temu ból w kolanie oddalił się na kolejne 20km, by spektakularnie powrócić przy 70-tym. Jednak największym wrogiem okazały się odparzone stopy. Doprowadziły mnie do prawdziwego załamania psychicznego z niekotrolowanym płaczem. Dopiero tabletka ibupromu przytępiła czucie jak i emocje. Generalnie, najgorzej znosiłam marsz po płaskim, po asfalcie i na zejściach (kolana i stopy). Odżywałam na podejściach - im bardziej strome, tym lepiej. Ciekawostką niech będzie fakt, że w trakcie jednego z postojów zadzwonił do mnie mój chirurg z informacją, że jeden z jego pacjentów zrezygnował operację i mogę być zoperowana już w przyszłym tygodniu. Miałam ochotę wykrzyczeć: NIE! Proszę przyjechać teraz i amputować obydwie nogi, najlepiej u nasady!!! Podsumowując, jestem niezadowolona z braku kontroli nad psychiką. Poza tym, bardziej niż rok temu poszkodowane są moje stopy, ale to chyba dlatego, że bezpośrednio przed Kieratem nie miałam żadnego wypadu w góry z całodniowym dreptaniem. Cieszę się, że doszłam, chociaż mimo marudzenia i odgrażania się rezygnacja chyba mi nie groziła, raczej bym się nie zdecydowała na ten krok :) Co miłe, to fakt, że zakwasy w udach i łydkach są prawie nieodczuwalne. Tylko te stopy... Jeszcze raz dziękuję Karoli i Agnieszcze za doping, Wasze słowa dodawały mi otuchy. Co poprawię w przyszłym roku? Definitywnie więcej weekendowych wypadów pieszych w góry w marcu, kwietniu i maju i skracanie do minimum postojów już w trakcie marszu.
aż iskry leciały :)
bieganie ma wiele twarzy :). ja w weekend praktykowałam dwie formy:
1. biegałam na koniu, aż iskry leciały, szczególnie kiedy w galopie pokonywałam przeszkody. Było cudnie :)
2. wybiegałam w przyszłość. Ale tylko na chwilę, gdyż szybko doszłam do wniosku, że tu i teraz jest dużo przyjemniej :)
miłego dnia :)
1. biegałam na koniu, aż iskry leciały, szczególnie kiedy w galopie pokonywałam przeszkody. Było cudnie :)
2. wybiegałam w przyszłość. Ale tylko na chwilę, gdyż szybko doszłam do wniosku, że tu i teraz jest dużo przyjemniej :)
miłego dnia :)
niedziela, 24 maja 2009
kowaliowo mi ...

nim za chwilę zagoszczą na naszym blogu truskawki i zrobi się od nich czerwono, słodko - po prostu truskawkowo, chciałam o konwaliach wtrącić słów kilka...Wiecie, że lasy pełne są kwitnących, pachnących pól konwalii? Zrozumiałam, że bieganie nie musi być przede wszystkim zajęciem dla nóg, może być wyzwaniem dla nosa ;-) Konwaliowe pola to jeden z weselszych kompanów biegowych na jakich miałam okazje się natknąć. Zapach - bezkonkurencyjny - że może się w głowie zakręcić; wyczuwalny z odległości kilku metrów od kwiatów, intensywny i taki świeży, uzupełnionym tym wszystkim co w lesie pachnie. Chyba normalnie do kwiaciarki na róg pobiegnę zaraz i bukiecik na biurko postawię - coby w tej konwaliowej atmosferze wejść w nowy tydzień.
życiówka na dychę :)))
Mazury mi chyba sprzyjają! :) Wychodzi na to, ze tutaj robię swoje najlepsze wyniki. Dzisiaj postanowiłam, w ramach treningu, zrobić 10km. Wymyśliłam sobie, ze pierwszą piątkę pobiegnę na czas, bo chciałam sobie udowodnić, ze mogę lepiej niz w czasie Wesołej Stówki :))) (wiem, wiem, tam trasa była dużo trudniejsza, ale zawsze...), a drugą zrobię lajtowo, z tenedencją do przyspieszenia (jeśli sił starczy:)). Nie wiem, czy taki trening jest sensowny, zazwyczaj robi się na odwrót. Może wypowiedzą się tu nasi eksperci biegowi - Miki! Karol! :))) W kazdym razie znów moje nowe buty mnie poniosły :) Pierwsze 5km zrobiłam w 24min 11s :))) a potem 10km w 53min 31s :) W życiu nie miałam takiego wyniku (na Maniackiej w Poznaniu miałam 59min 14s) i nie wiem, czy kiedykolwiek to powtórzę. Być moze był to po prostu bardzo dobry dzień, a moze to zasługa moich nowych "magicznych" butów, ale dzisiejszy wynik sprawił, że gęba śmieje mi się przez resztę dnia :)))
P.S. Jak się nauczę zrzucać profile biegowe z Nokii na kompa, to będzie dowód :)))
P.S. Jak się nauczę zrzucać profile biegowe z Nokii na kompa, to będzie dowód :)))
sobota, 23 maja 2009
piątek, 22 maja 2009
Kierat - odcinek 2
W drodze do piątego punktu towarzyszyło nam chwilowo niebo pełne gwiazd.
Wcześniej była wichura, deszcz i błyskawice.
aha - awaria kolana. kostka ok
Wcześniej była wichura, deszcz i błyskawice.
aha - awaria kolana. kostka ok
o nowych butach ciąg dalszy :)))
Postanowiłam je jak najszybciej sprawdzić, a że jestem na Mazurach pobiegłam nad "moje" jezioro. I od razu poczułam tę "nieznośną lekkość" w stopach :))) Moje nowe buty same mnie niosły :) Zrobiłam 8,66 km, w 50 min 6 s (gps włączył się po ok. 1,20 km, według licznika w rowerze mojego taty, który mi dzielnie towarzyszył, ale działał juz do końca:)) Najlepszy był pijaczek spotkany na trasie - kiedy biegłam w jedną stronę zaczepił nas pytaniem: "Czy prosto się biega?" - ja i owszem biegłam prosto, ale on miał wyraźny problem z zachowaniem pionu :) Kiedy wracałam, po ponad 2 km, on przesunął się kilkadziesiąt metrów, ale jak nas zobaczył zapragnął pobiec ze mną :) I śpiewając: "jak się masz? kochanie, jak się masz?" biegł za mną :) I to był dobry doping - czując jego oddech, sorry sapanie i rzężenie, na plecach i chcąc mu dać nauczkę postanowiałam przyspieszyć i ostatnie 300m pobiegłam w naprawdę dobrym czasie :) Poskutkowało - pijaczek, sapiąc i charcząc, zapytał, czy ja to robię za jakąś karę i odpadł :)))
Kierat - odcinek 1
Mam nowe buty :)))

Są śliczne - całe szare, z niebieskimi paskami w kolorze naszych koszulek startowych :) Stało się to wczoraj, a decyzja była szybka, choć przymierzyłam chyba z 6 par. Wybrałam te najwygodniejsze :) Tak mi się wydaje, bo jeszcze ich nie "rozdziewiczyłam", ale miałam koło siebie speca od wszystkiego, co biegowe - Karolę :) która mi podsuwała coraz to inne modele (chyba powstydziła się startować ze mną w Gdyni w tych moich porwańcach hi, hi, hi) i speca od dopingu zakupowego - Ilonę :)
Edzia, już nie dam zarobić Jackowi z jacekbiega.pl :))) a następny post będzie "o tym, jak się biegalo w nowych butach" :)))
A to się właśnie tak zaczęło :)
Witam Was wszystkich bardzo serdecznie :) trochę czasu minęło, zanim zaczęłam skrobać tutaj pierwsze słowa, no ale ... nie o przygodach początkującej quasi bloggerki mamy pisać- tylko o bieganiu:) i jeśli o bieganie chodzi. Zacznijmy od ludzi. Część z Was miałam już przyjemność osobiście poznać. Choć wprowadzałam nowe standardy biegowe, które znacznie zmieniały moją percepcję (dla niewtajemniczonych - precyzyjne, dopracowane ruchy posuwiste nosem po ziemi), to pamiętam Was doskonale. I wiem, że jeszcze duża dawka przyjemności przede mną - już się nie mogę doczekać, kiedy poznam pozostałe zgromadzone tu towarzystwo biegowe :) Póki co zamierzam się pojawiać na ambitnych biegach typu Bieg Truskawki czy "ona czy on" (a to już było), ale mam nadzieję, że w miłości do biegania liczy się po prostu bieganie :)
No ja nie mogę powiedzieć, że bieganie kocham. Jak biegam to nie mówię językiem szekspira, że jest nice...sympatyczniej :) ale, jak to wyczytałam na jakiś plecach biegacza tudzież biegaczki - jeden bieg tysiące powodów. a brak konkretnego powodu też może być powodem. No bo nie powiem przecież, że biegam po to, by wreszcie wbiec na moje piąte piętro bez zadyszki :)
Tutaj na blogu wygospodaruję dla siebie jakąś przestrzeń, w której będzie o różnych wariacjach biegowych. No i pierwsze spostrzeżenia mam i się z Wami podzielę . Białoszewski kiedyś się zastanawiał, czy jego części ciała żyją zupełnie osobno.... A ja mam nawet namacalny dowód, że tak jest. Kiedy robię sobie kółeczko na Polach Mokotowskim i przed oczami mymi wyłania się blok, w którym mieszkam, nogi same niosą mnie do klatki nr 22, kiedy głowa zostaje na Polach i dalej biega, oj i to jak biega... A propos Pól - nie polecam biegania samemu na Polach o północy. Wczoraj nie potrzebowałam nawet jednego kółeczka, żeby zdezerterować. Na widok kilkuosobowych niezidentyfikowanych głośno mówiących grup po prostu wyciągnęłam skakankę i zaczęłam skakać. Założyłam, że przed potencjalnymi napastnikami i tak nie ucieknę a skakanki może się sami przestraszą :) na razie uciekam do pracy :)
ps. 1 Trzymam kciuki za tą masakrę 100 km!!!!!!!!!!!!
No ja nie mogę powiedzieć, że bieganie kocham. Jak biegam to nie mówię językiem szekspira, że jest nice...sympatyczniej :) ale, jak to wyczytałam na jakiś plecach biegacza tudzież biegaczki - jeden bieg tysiące powodów. a brak konkretnego powodu też może być powodem. No bo nie powiem przecież, że biegam po to, by wreszcie wbiec na moje piąte piętro bez zadyszki :)
Tutaj na blogu wygospodaruję dla siebie jakąś przestrzeń, w której będzie o różnych wariacjach biegowych. No i pierwsze spostrzeżenia mam i się z Wami podzielę . Białoszewski kiedyś się zastanawiał, czy jego części ciała żyją zupełnie osobno.... A ja mam nawet namacalny dowód, że tak jest. Kiedy robię sobie kółeczko na Polach Mokotowskim i przed oczami mymi wyłania się blok, w którym mieszkam, nogi same niosą mnie do klatki nr 22, kiedy głowa zostaje na Polach i dalej biega, oj i to jak biega... A propos Pól - nie polecam biegania samemu na Polach o północy. Wczoraj nie potrzebowałam nawet jednego kółeczka, żeby zdezerterować. Na widok kilkuosobowych niezidentyfikowanych głośno mówiących grup po prostu wyciągnęłam skakankę i zaczęłam skakać. Założyłam, że przed potencjalnymi napastnikami i tak nie ucieknę a skakanki może się sami przestraszą :) na razie uciekam do pracy :)
ps. 1 Trzymam kciuki za tą masakrę 100 km!!!!!!!!!!!!
Kierat - po raz pierwszy
Zanim pójdę spać ... Plecaki spakowane, mam cały czas, że nie zapomniałem niczego ważnego. Nastawiam się na dojście a nie na wynik, choć gdyby udało mi się zmieścić w 24h to byłoby dobrze. Planuję też prawie od samego początku samemu nawigować (pewnie dlatego, że zawsze sprawiało mi to przyjemność - tzn. zabawa z mapą). Jedyne czego obawiam się to odciski (mam do nich skłonność), oraz kolana, które trochę mnie pobolewają. Na pierwsze mam skarpety i igłę, na drugie kijki (po raz pierwszy). Planuję raportować pod adresem: http://blip.pl/tags/kierat09 (do jutra powinni zreperować). Spodziewajcie się krótkich opisów i zdjęć już od południa.
Czuję się całkiem dobrze - starałem się ostatnio dużo chodzić a mniej biegać, tydzień temu 30km - trzymajcie kciuki.
Czuję się całkiem dobrze - starałem się ostatnio dużo chodzić a mniej biegać, tydzień temu 30km - trzymajcie kciuki.
czwartek, 21 maja 2009
Kierat
Kochani, jestem pozytywnie podekscytowana już od kilku dni i niczym innym nie żyję. Na razie minęły wszelkie niedolegliwości po Wesołej Stówie, jednak jest jakieś małe przeziębienie, ale prawie niewyczuwalne. Dla mnie będzie taka mała celebracja, bo to już piąty Kierat. Podsumowując: 100km, maksymalnie 30h i 3500m przewyższeń. Start w piątek, o 18:00. Rok temu pierwszy raz nie miałam kryzysu nocnego, tzn. nie chciało mi się spać, ale nie wiem czy to wyjątek czy pamięć organizmu. W każdym razie - kto nie śpi, niech śle sms-y, ale proszę nie oczekiwać odpowiedzi - na to raczej nie będzie czasu :) Podobno ma padać w piątek do 20:00, a potem już nie. Nie wierzę. Poprzednie cztery Kieraty nie uchroniły się przed załamaniami pogody :)
Trzymajcie kciuki! Mam nadzieję, że uda mi się wysyłać w jakiś sposób wiadomości na bloga, może za pośrednictwem kogoś z Was?
Trzymajcie kciuki! Mam nadzieję, że uda mi się wysyłać w jakiś sposób wiadomości na bloga, może za pośrednictwem kogoś z Was?
Wieczorne bieganie
Jeszcze o Stówce
Impreza bardzo udana. Trasa dużo cięższa niż przed rokiem. I trochę szkoda, że padało na zakończenie, bo o ile w bieganiu to nie przeszkadzało, to gnieżdżenie się tłumnie w namiotach po dłuższej chwili było trochę niewygodne.Na stronce pojawiły się już szczegółowe wyniki . W "Wolności" trochę machnęli się w odejmowaniu czasów (odcinek 5 powinien mieć czas: 22:12, 10 - 22:31, 11 - 31:36) a w "Szybkości" pozamieniali kolejność biegnących.
Jeszcze trochę statystyki. Według GPSa okrążenie miało 4,950 metrów, a poszczególne odcinki:
1 - 1,030 m,
2 - 830 m,
3 - 1,090 m,
4 - 990 m,
5 - 1,010 m.
Mi ogólnie biegało się dobrze, ale siódmego odcinka już bym nie dał rady. Na ostatnim przy podbiegach to już była walka ;-)
Chcę napisać do organizatorów z propozycją usprawnienia (zaproponowaną przez tatę Tomka z resztą): na 500 albo 1000 metrów przed metą mogaby stać osoba i podawać przez krótkofalówkę numer sztafety, która zaraz będzie się zmieniać. Wtedy wiadomo by było dokładnie kiedy się rozbierać.
zagadka tętnowa rozwiązana
w środę rano miałam w planach poranne bieganie w Królikarni i podbiegi. tak tak - poranne!
budzik zadzwonil, jednym okiem zarejestrowałam słońca tyle, że aż sie chciało wstać z łóżka. dobra - bez ściemy - bez dodatkowego, wyjątkowo silnego bodźca nie wysunełabym spod kołdry o tak barbarzyńskiej porze nawet najmniejszego palca u nóg. ta próba nie była pierwszą przymiarką do porannego biegania. poprzednie przymiarki ogłaszałam publicznie, umawiałam się - nic nie skutkowało - zawsze sen i lenistwo wygrywały. wtedy tak, ale nie dziś!
biegało się dobrze, górka zrobione 6 razy...po powrocie porównałam sobie profil biegu z innym sprzed tygodnia: trasa ta sama, pora dnia podobna (wtedy bylo 3 godziny później, ale to też rano:P), czas i dystans prawie r
ówne.
jedna różnica to tętno. wtedy średnie 153, dziś 173. Srednie na tej trasie generalnie jest wysokie bo są podbiegi, ale dzis dobieg i powrót z Królikarni poziomem tętna równały się podbiegom pod górkę. Profile załączam do wglądu. skąd te problemy ze zbyt wysokim tętnem? przecież się z nim już uporałam...tak mi się wydawało. Nawet Łódź wypadła na rewelacyjnie niskim średnim hartrejcie.
taka duża jestem a dopiero dziś zrozumialam, iż jest więcej czynników, które mogą moje serce doprowadzić do pompowania w zabójczym tempie. w czasie biegania oczywiście :-) hihihi
budzik zadzwonil, jednym okiem zarejestrowałam słońca tyle, że aż sie chciało wstać z łóżka. dobra - bez ściemy - bez dodatkowego, wyjątkowo silnego bodźca nie wysunełabym spod kołdry o tak barbarzyńskiej porze nawet najmniejszego palca u nóg. ta próba nie była pierwszą przymiarką do porannego biegania. poprzednie przymiarki ogłaszałam publicznie, umawiałam się - nic nie skutkowało - zawsze sen i lenistwo wygrywały. wtedy tak, ale nie dziś!
biegało się dobrze, górka zrobione 6 razy...po powrocie porównałam sobie profil biegu z innym sprzed tygodnia: trasa ta sama, pora dnia podobna (wtedy bylo 3 godziny później, ale to też rano:P), czas i dystans prawie r
ówne.
jedna różnica to tętno. wtedy średnie 153, dziś 173. Srednie na tej trasie generalnie jest wysokie bo są podbiegi, ale dzis dobieg i powrót z Królikarni poziomem tętna równały się podbiegom pod górkę. Profile załączam do wglądu. skąd te problemy ze zbyt wysokim tętnem? przecież się z nim już uporałam...tak mi się wydawało. Nawet Łódź wypadła na rewelacyjnie niskim średnim hartrejcie.
<---- 2009/05/14 ____________ 2009/05/20 ----->
Olśniło mnie jak je porównywałam (profile znaczy się): jedyną różnicą pomiędzy tymi 2 biegami jak i przyczyną szybciej walącego serducha był ten sam powód dzięki, któremu poranne bieganie stało się faktem nie tylko marzeniem! :-))))taka duża jestem a dopiero dziś zrozumialam, iż jest więcej czynników, które mogą moje serce doprowadzić do pompowania w zabójczym tempie. w czasie biegania oczywiście :-) hihihi
środa, 20 maja 2009
weekendowe szaleństwo biegowe
ten weekend był wyjątkowy - pod wieloma względami. zmusił mnie wogóle do pomyślenia co bieganie zrobiło z moim zyciem. Bo nie ukrywam trochę się przez te ost miesiące zmieniło. Jak dzis pamietam start w HumanRace 31 sierpnia. Przygotowania Ciacha i Arka do pierwszego maratonu działaly motywująco wtedy. wtedy nie mialam pojęcia ile rzeczy może sie wydarzyć tylko i wyłącznie z powodu biegania ...Wracając do ostatniego weekendu: sztafeta była najcięższym startem jaki zaliczylam w życiu; każda pętla była trudniejsza, wolniejsza, i serducho walilo na max(a nawet mocniej momentami). i nie będe ukrywać: chcialabym, aby Drużyny Wolność i Szybkość, za rok, pojawiły się na starcie, dotrawały do końca, i bawiły się conajmniej tak samo dobrze przy okazji biegając - jak to było teraz.
Praktycznie prosto z polany w Starej Milosnej trafiłam do pociągu do Łodzi. Marzyło mi się pifffko zimne, i poduszka coby szybko glowę gdzieś złożyć i odpłynąć. Emocje związane ze startem niedzielnym przeszły na dalszy plan- królowało wszechobecne zmęczenie.
Nawet rano szykując się do biegu, myślałam tylko o tym co powiedzą moje kolana na taki biegowy 'maratonik' jaki im funduje. Zero założeń - a w zasadzie jedno założenie: nigdzie się spieszyć nie zamierzam. Udał nam się 'partner-look' - nawet czapeczki obie mialysmy białe :)
Ruszyłyśmy tak jakbyśmy trening zwykły zaczynały. i dość szybko - po tym jak się ludzie rozciągnęli na trasie zrównał się z nami Marek. Wprawdzie biegł maraton, a nie połówkę jak my, ale też się nigdzie nie spieszył. I tak o to stworzyliśmy PÓłmaratonowo-MAratonową Grupę Wsparcia. Biegliśmy śmiejąc się, żartując, zaczepiając przechodniów, kibiców, służby porządkowe - generalnie dobrze się bawiąc. w okolicach 15 km zaczęli nas wyprzedzać pierwsi maratończycy z grupy niepełnosprawnych. Domyśliliśmy sie, że wszyscy byli głusi - nikt nie reagował na nasz doping - choćby uśmiechem :P
Od czasu do czasu zerkałam na tętno - i miałam wrażenie, iż popsuł mi się pulsometr. Średnie 150 jest mi normalnie ciężko na treningu utrzymać, a co dopiero podczas startu w półmaratonie. Dziwne to było ... tym bardziej że pulsometr działa sprawnie.
na 19km pożegnałysmy gorącą owacją Marka (skandowałyśmy z całych sił: PÓ MA-MA REK)- niestety dla niego to dopiero półmetek. Wtedy też okazało się że spokojnie możemy poprawić Kasi wynik z Pragi. Jak to si
ę stało - nie mam pojęcia. Przecież nigdzie się nie spieszyłysmy. Złapałysmy się za ręcę i rozpoczęłyśmy wyjątkowo przyjemny finisz, już tylko wyprzedzając do samej mety! To było coś niesamowitego.... Taaaaakaaaa radość, i brak zmęczenia, życiówka Kasi: 2h27min :)Z takim uczuciami chciałabym kończyć każdy bieg! Nie był to najszybszy półmaraton - ale jeden z najprzyjemniejszych. a to akurat dla mnie ważniejsze.
Kasia - wielkie dzięki za te 2 i pół godziny wspólnej zabawy!
Prywatni kibice byli z nami od przed startu do długo po biegu :-) Wielkie dzięki! To niesamowite uczucie spotykać co chwila, na trasie, prywatnych paparattzich zagrzewających nas do walki! Dzięki nim foto-dokumentacja biegu jest całkiem pokaźna.
Spotkałyśmy też po za znajomymi kibicami, biegaczy: Michała, Basię i ich malutką córeczkę (która to razem z Michałem zrobiła maraton w wózku!!)
Myślę, że gdyby nie Wesoła Stówka w sobotę, to niedzielny bieg nie byłby tak udany... Czyli warto było się trochę sponiewierać wcześniej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




