Gdy rano wstałem i zjadłem śniadanie ;-) wyliczyłem, że przed basenem zdążę jeszcze na bieg do Falenicy, ale nie dłuższy niż dwie pętle.
Biegałem tam kiedyś raz w lato, ale od tamtego czasu już zapomniałem, że bieganie po górach to jednak zupełnie inna konkurencja. W połowie pierwszej rundy żałowałem, że nie zgłosiłem się na 3,330. Na szczęście na początku drugiej zrobiło się już przyjemnie (jak przestały łapać skurcze w łydkę ;-) ). W takim śniegu nie było lekko, chociaż dobrze, że był ubity. Nie łatwo było wyprzedzać i dwa razy jak tuż przed szczytem dogoniłem kogoś idącego to szedłem kawałek za nim, a przyspieszałem na zbiegu.
Miałem czas 38:30 - dziesiąte miejsce na dwie rundy i pierwsze w kategorii (ale było nas chyba czterech, więc nie jest to jakiś oszałamiający sukces ;) ).
Pozdrawiam wszystkich współtowarzyszy i "szacun" dla tych, którzy tylko fotografowali :-)
P.S. Na basen zdążyłem "na styk".